...........................................

RADIO POLONIA to audycja dla Polonii i o Polonii w Montrealu, ale nie tylko.  Nasze podstawowe cele to przede wszystkim działalność informacyjna, edukacyjna, popularyzująca kulturę polską.  Gramy po polsku. Naszą misją jest misja integracji środowiska polonijnego, prezentacji sylwetek wybitnych Polaków zasłużonych dla historii, nauki i kultury polskiej. 

Program radiowy adresujemy do tych, którzy chcą słuchać dobrych wiadomości i dobrych polskich piosenek. W radio jesteśmy dostępni na fali międzynarodowego radia CFMB - 1280 AM w Montrealu w niedzielę w godzinach: 18:00 - 20:00 oraz  na żywo w Internecie pod adresem: www.cfmbradio.com

Program prowadzi BOŻENA SZARA. Współpraca Michał Stefański i Maciej Głodowski. 

KONTAKT: (514) 367-1224

Kontakt do studia podczas trwania audycji: (514) 790-0251

E-mail: kontakt@radiopolonia.org


Radio Polonia jest współfinansowane przez Senat Rzeczypospolitej Polskiej w ramach sprawowania opieki Senatu nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

 

.................
OD PIERWSZEGO USŁYSZENIA - Bożena Szara (wyemitowane 12 sierpnia 2018 - posłuchaj)
 

APETYT NA ŻYCIE

Mamy połowę sierpnia, czyli nadal trwa lato, ale w świecie mody zaczyna się nowy jesienno - zimowy sezon i czas by nieco odświeżyć garderobę. W ubiegłym tygodniu wybrałam się na zakupy. Wybór padł na The Bay. Dobry sklep z tradycjami i umiarkowanymi cenami. Dlaczego nie Ogilvy? Bo odkąd dało się sprzedać Holt Renfrew przestało być eleganckim domem mody, a stało się placem budowy i zakupy tam jakoś przestały mi sprawiać przyjemność. Tak więc wybrałam się do The Bay'a. Gdy buszowałam wśród apaszek i torebek, w pewnym momencie moją uwagę przykuła znajoma twarz. Znajoma, ale jakby nie znajoma. Podeszłam i zapytałam. Excuse me. Your face look familiar...... Zawiesiłam głos w oczekiwaniu na potwierdzenie, że się znamy albo na wyprowadzenie mnie z błędu. - Bozina! – wykrzyknęła ta znajoma – nieznajoma. Nie myliłam się. Przede mną stała moja dawna klientka, której wielokrotnie doradzałam w kwestiach mody i systematycznie dbałam o uzupełnianie jej garderoby (Państwo pamiętają, że wiele lat pracowałam w Ogilvy). Roxana - dojrzała, piękna, majętna Włoszka, która zawsze tryskała energią, poczuciem humoru i pieniędzmi, które zarabiał jej mąż, stała przede mną we własnej osobie. Tyle, że tym razem stało siedem nieszczęść. Z mety porzuciłam zamiar buszowania po sklepie i wyciągnęłam Roxanę na kawę. Nie opierała się, bo zawsze cudownie się nam rozmawiało.

Nie musiałam od niej niczego wyciągać. Sama mi powiedziała, że nie jest chora, mąż jej nie zostawił, nie zbankrutowali, dom się im nie spalił ani nie zawalił, u dorosłych dzieci wszystko było ok i żadne plagi egipskie nie dopadły jej ani jej najbliższych. Cóż więc takiego przydarzyło się, mojej dawnej klientce? Otóż, wg jej słów, stało się coś strasznego. Dwa miesiące temu rodzina urządziła jej 50 urodziny. No i? - dopytywałam. Party nie było udane? Prezenty nie trafione? Ktoś z gości nie dopisał?
Patrzyła na mnie załzawionymi oczami. - Nie.... wszystko było OK, ale ja skończyłam 50 lat.
Zaniemówiłam. Po chwili wytrzeszczając na nią oczy, powtórzyłam: - No i?
- No skończyłam 50 lat. PIĘĆDZIESIĄT - powtórzyła. To już koniec!
- Koniec czego? -
- No bycia młodą, atrakcyjną, koniec życia. - wyszlochała.

Mowę mi odebrało. Oto miałam przed sobą młodą, piękną kobietę, której ktoś wmówił, albo sama sobie wmówiła, że po 50-tce kończy się życie i lada dzień ktoś ją wyrzuci na śmietnik. Roxana nie była zahukaną kurą domową, ale wykształconą kobietą, która co prawda nigdy nie pracowała zawodowo, bo nie musiała, ale zawsze miała tysiące zajęć. Najpierw pracowała społecznie w szkołach swoich dzieci, potem wnuków i ciągle była zajęta. Dość często podróżowała wraz z mężem. Można powiedzieć światowa kobieta, a tu taki pasztet sobie wysmażyła. Skończyła 50 lat i uznała, że pora umierać. Koniec świata, jakby powiedział nasz swojski pan Popiołek z serialu "Dom".

Natychmiast przypomniałam sobie słowa Marii Czubaszek o tym, że kobieta w pewnym wieku, powinna określić ile ma lat i trzymać się tej liczby do końca życia. Ja tak zrobiłam ponad 20 lat temu i od tamtej pory co roku obchodzę 35 rocznicę swoich urodzin. Szybko przetłumaczyłam Roxanie słowa naszej nieodżałowanej pani satyryk, ale nic nie pomogły. Nadal szlochała rozżalona.

Na pomoc wezwałam Oscara Wilde'a - autora aforyzmów, utracjusza, bon-vivanta, który, pisał przed wieloma laty: "35 lat to atrakcyjny wiek. Londyn pełen jest kobiet, które od dawna mają 35 lat".

Oscar Wilde też nie pomógł. Ręce mi opadły, ale na krótko.

Zamówiłam taxi i poprosiłam by nas zwieziono do jakiegokolwiek szpitala z oddziałem onkologicznym. Czy muszę opowiadać co tam obie zobaczyłyśmy?

Wizyta w szpitalu wstrząsnęła Roxaną. Wróciła do domu z mocnym postanowieniem, że nie będzie się nad sobą rozczulać, weźmie się w garść, zaakceptuje swój wiek i zacznie żyć, a ja miałam temat do dzisiejszego komentarza.

Elizabeth Browning - znana i poważana angielska poetka epoki wiktoriańskiej 150 lat temu powiedziała, że "Kiedy kobieta akceptuje swój wiek, staje się pewna siebie". Jej słowa nadal pozostają aktualne.

"W dzisiejszym świecie napędzanym presją sukcesu, młodości, fizycznego powabu i buchającej seksualności, pewność siebie wśród dojrzalszych przedstawicielek płci pięknej to wciąż towar deficytowy, zwłaszcza, jeśli poczucie własnej wartości budują na wyglądzie zewnętrznym". Te ostanie słowa przeczytałam u znanej Państwu Eli Hubner na jej blogu. "Fajna Baba nie rdzewieje".

I dalej: "Nie jest to dziwne, zważywszy wielowiekową tradycję, mówiącą, że kobieta urodą stoi. Dlatego też od zarania dziejów kobiety mają obsesję na punkcie wieku i wyglądu. Dostępu do swoich danych metrykalnych bronią pazurami jak lwice albo chowają pod grubą warstwą pudru nieprzepuszczającą światła ani ludzkiego wzroku. Chcą być wiecznie młode i to za wszelką cenę. Relacja kobiet ze współczesną cywilizacją jest relacją schizofreniczną. Świat promuje młodość i urodę, a wspomagają go skanery medialne i technologia HD, które wychwycą każdą zmarszczkę, fałdkę i pypeć. Wywiera to na kobiety ogromną presję, a potem te, które tej presji ulegają, są przez ten sam świat bezlitośnie piętnowane i obśmiewane. Dotyczy to zarówno "zwykłych śmiertelniczek", jak i największych gwiazd Hollywoodu. Idą na operacje plastyczne, wstrzykują botoksy, kolageny i inne cuda. Robią sobie krzywdę w nadziei, że robią sobie dobrze."

A one niestety robią dobrze tylko koncernom farmaceutycznym i klinikom poprawiania urody. Nawet Jane Fonda wyznała w jednym z wywiadów, że "... przez całe życie byłam określana przez to, jak wyglądam. Wpojono mi, że będę kochana tylko, jeśli będę szczupła i śliczna. To doprowadziło do wielu problemów".

No właśnie. I po co?

By się zadręczać i nie spać po nocach, bo oto zauważyłyśmy nową zmarszczkę? Zmarszczki to przecież stempelki, takie znaczki naszych doświadczeń.

Zachowanie młodości fizycznej nie jest możliwe i trzeba to zaakceptować. Już nie takie umysły nad tym myślały, już nie tacy straceńcy chcieli wykraść ambrozję bogom. Starzenie można opóźnić dobrze dobraną dietą, lekkimi ćwiczeniami, bo po co się przemęczać, dobrym snem i zaostrzeniem apetytu na życie.

Jak go zaostrzyć? To prostsze niż ktokolwiek myśli. Najlepiej zacząć od spełniania swoich marzeń. Takich, na które do tej pory nigdy nie było czasu. Wszyscy uwielbiamy historie o tym, jak ktoś zmienił swoje życie i wszystko zaczął od początku. Trzasnął drzwiami swojego starego życia i wybrał się w podróż dookoła świata. Pamiętam jak przed laty organizowałam spektakl teatralny z Anną Suniuk i Zofią Saretok. Obie Panie, wtedy po 60-tce właśnie wróciły z kilkumiesięcznej podróży po Azji. Wybrały się tam we dwie, bez mężów. Powiedziały mi, że ubyło im po 10 lat. Inna moja znajoma postanowiła podjąć studia na wydziale pisania scenariuszy filmowych zaraz po przejściu na emeryturę. Tak jak postanowiła, tak też zrobiła. Niedawno dostałam od niej wiadomość, że jeden z warszawskich teatrów wystawia jej sztukę. Zmienianie życia i samorealizacja są dziś modne. Rzucanie wszystkiego w diabły, żeby uczyć się haftu albo lepienia garnków, albo robienia tego, co tam komu w duszy gra jest OK.
Nie warto tracić czasu i energii na rozpamiętywanie dawnych czasów, kiedy było się młodszą czy młodszym, bo to też dotyczy panów. Koniecznie trzeba żyć TERAZ. Bo to najlepszy wiek, jaki mamy i młodziej już było.

Na koniec jeszcze jeden cytat od niezrównanego Oscara Wilde'a: "Kochać samego siebie - to początek romansu na całe życie". A któż nie ma ochoty na płomienny romans?

Aha i warto pamiętać jaki piękny jest świat. Tak jak w piosence Alicji Majewskiej do wysłuchania której, teraz zapraszam.
 

..

MEANDRY POLITYKI - Michał Stefański  (wyemitowane 12 sierpnia 2018 - posłuchaj)
 

NAJLEPSZY Z WROGÓW

Dawno, dawno temu - gdzieś w drugiej połowie lat sześćdziesiątych na polskie ekrany spragnione jak zawsze za PRL-u wszelkich produkcji z mitycznego Zachodu, weszła brytyjska komedia osadzona w realiach Afryki Północnej w okresie II Wojny Światowej. Nawet w kategorii filmów wojennych nie był to obraz wybitny, choć nie brakowało w nim (jak to się mówi czasem) "momentów" wartych zapamiętania. A już zdecydowanie wrył mi się w pamięć jego tytuł: "NAJLEPSZY Z WROGÓW". Tym razem angielski reżyser - być może idąc za pacyfistyczną modą lat sześćdziesiątych - poruszył temat żołnierzy, którym wojowanie wcale się nie marzy, których jedynym marzeniem jest roczna przepustka do domu, do swojej żony, do dziewczyny, a nade wszystko do mamy, która najlepiej gotuje, najlepiej robi konfitury i w ogóle jest we wszystkim najlepsza. To ona - mamma mia - robi swoimi troskliwymi rękami najlepszy makaron, a potem go fachowo gotuje aby był dokładnie - taki jaki trzeba - al dente.

Reżyser filmu zechciał aby na bezdrożach Pustyni Libijskiej gdzieś w połowie 1943 roku, naprzeciw niedużego oddziału ideowych, ale też - przyznajmy - nudnych aż do bólu Brytyjczyków - los ustawił nie złowrogo łypiących spadochroniarzy hitlerowskich z Afrika Korps, lecz zagubioną kompanię zaopatrzenia złożoną z nieco wystraszonych lecz w sumie sympatycznych Włochów. Choć łączność z dowództwem w Rzymie co chwila się rwała, niedawni sojusznicy Hitlera, czuli - jak to się mawia - pismo nosem i usilnie starali się przybliżyć koniec bezsensownej wojny na własną rękę. Ale niestety los wyraźnie uwziął się na synów Italii, gdyż rozporządzali liczebną przewagą i to oni wzięli do niewoli Anglików - a nie odwrotnie. A co dalej - wiadomo - obóz jeniecki, gdzieś nad Morzem Śródziemnym, z łopocącą na głównym placu flagą niedoszłego Imperium Współczesnych Rzymian. A dalej....ni to urlop, ni niewola, walka trwa dalej. Tyle, że już nie na kule czy bagnety, lecz na .... stereotypy. A tych było w filmie aż nadto.
Stereotyp Anglika, stereotyp Szkota, stereotyp zrelaksowanego Włocha z południa może nawet członka mafii, lecz także bardzo włoski stereotyp maminsynka z wielkiego miasta Mediolanu czy Turynu, którego wprost z domu mamusi wzięto "w kamasze". Kiedy owe hitlerowskie "kamasze" zaczęły naszych kochanych Włochów uwierać, jesienią 1943 roku naczelne dowództwo Italii wraz z królem opuściło koalicję niemiecką, wypowiedziało Hitlerowi wojnę i tym samym zwolniło z obozów dotychczasowych jeńców alianckich. Nie ma dwóch zdań - śmiechu z tych tzw. "makaroniarzy" było w tamtym filmie co niemiara (mamma mia). Ale z perspektywy patrząc - nie był to śmiech złośliwy czy szyderczy. W sumie wniosek reżysera, statystów, scenarzysty oraz widowni musiał być jeden. Jeżeli już nie można obyć się bez wrogów - to najlepszy jest wróg sympatyczny, taki, u którego można dopatrzeć się ludzkich słabostek, śmiesznostek i innych przywar. Wbrew wyobrażeniom o zdobywczych Rzymianach XX wieku - jakich sobie zaplanował Wódz Narodu Włoskiego (czyli il Duce) - większość tego narodu - z pewnością także wybranego i genialnego - nie przepada za wojskowością, nocnymi patrolami, bombardowaniami, okopami i całym tym kretyńskim zestawem z podręcznika przysposobienia wojskowego. Narodowi temu (jak wielu innym), którego liczni przedstawiciele obchodzą dziś w Montrealu swoje święto, wystarczą proste przyjemności życia, dobre jedzenie, świetne wino i doborowe towarzystwo - rzecz jasna płci mieszanej.

Wracając na chwilę do polskich wspomnień, gdzieś z oddali literatury i filmu polskiego, wyłania mi się wspomnienie kilku żołnierzy Armii Krajowej siedzących na skraju Puszczy Kampinoskiej o ok. 30 km od płonącej powstańczej Warszawy. Ich zadaniem było utrzymywanie łączności z powstańcami, którzy niekiedy przysyłali lżej rannych na tzw. tyły czyli do Kampinosu lub do Puszczy. Tam też objawiło się zjawisko "najlepszego z wrogów". W tym przypadku chodziło o żołnierzy węgierskich, którzy choć formalnie byli sojusznikami Niemiec Hitlerowskich, to też "czuli pismo nosem" i przepuszczali powstańców przez linie na skraju Warszawy do Kampinosu, do swoich. Ustaliła się nawet specyficzna procedura identyfikacyjna. Idący na przedzie Polak pytał ściszonym głosem - modzior? Po chwili z krzaków odzywał się głos też ściszony lecz jakby bardziej autentyczny: modzior!!!. (pisownia: magyar).

Ponieważ większość stereotypów narodowościowych nie sprawdza się na 100% w życiu, trudno mi uwierzyć, że są narody z natury złe czy z natury dobre, z natury waleczne, czy z natury tchórzliwe, że np. Hiszpanie, Węgrzy i Polacy są zawsze i wszędzie nosicielami cnót rycerskich - wiecznymi Don Kichotami podążającymi ku szczytnym celom, z drugiej strony np. Czesi, Belgowie i Włosi to są wieczni symulanci, obiboki i sceptycy o mentalności Sancho Pansy. Jeśli czasem nawet tak z zewnątrz wygląda - to proszę mi wierzyć - prawda jest o wiele bardziej złożona.
 

Przejdź do archiwum komentarzy i felietonów

.................

CFMB 1280 AM, RADIO POLONIA, MONTREAL, KANADA. WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE.
Tel: (514) 367-1224, tel. do studia podczas trwania audycji: (514) 790-0251 
E-mail: kontakt@radiopolonia.org
ZALOGUJ SIĘ